Witajcie

Ostatni raz byłem tutaj naprawdę dawno.

 

No i jak to w życiu bywa sporo się u mnie zmieniło :)

Pojawiły się nowe pasje życiowe inne pasje śpią w ukryciu i czekają na lepsze czasy…

Zapytacie co się u mnie zmieniło??? No cóż….

Najważniejsza zmiana w moim życiu to ślub z Sylwią zbliżający się wielkimi krokami :) Tak tak w dopiero w wieku 29 lat zostałem usidlony – koniec wolności, ponieważ 10 września 2011 roku wstępuję w związek małżeński.

W zeszłym roku rozpocząłem budowę naszego wspólnego domu. Właśnie staję na głowie aby dopiąć budżet i wprowadzić się zaraz po ślubie :) To moja nowa pasja.

Ostatnia wielka zmiana w moim życiu to zakończona współpraca z moim ostatnim pracodawcą. Co za tym idzie otworzyłem wraz z kolegą własną działalność. Poświęciłem się bez reszty naprawom i tuningom samochodów mojej ulubionej marki czyli „bawię”  się na co dzień Hondami.

P.S. Z wykształcenia jestem informatykiem….

 

O moich kolejnych pasjach, przeżyciach i doznaniach wkrótce napiszę (jak tylko znajdę czas oczywiście)

Dawno tu nic nie pisałem…. chyba minął ponad rok od ostatniego wpisu.
Dzisiaj przedstawię Wam historię z przed kilkuset lat. Opowieść ta pośrednio będzie związana z moim ukochanym miastem.

Gdańskie historie miłosne to nie zawsze materiał na scenariusz romantycznego filmu.
Czasem można by na ich podstawie nakręcić regularny psychologiczny dramat.

Portret bł. Doroty w katedrze w Kwidzynie

Autor: Aleksander Masłowski

Portret bł. Doroty w katedrze w Kwidzynie

Mieszkał kiedyś w Gdańsku miecznik imieniem Albert. Kiedy zaczyna się historia, którą dzisiaj opowiemy był człowiekiem dojrzałym, liczył już sobie ponad trzydzieści wiosen. Nic nie wiemy o jego przeszłości matrymonialnej, ale biorąc pod uwagę jego wiek i pozycję społeczną, z całą pewnością musiał w stosownym wieku ożenić się w odpowiednim dla siebie kręgu społecznym. Jeśli przyjmiemy to za pewnik, uznać musimy, że pierwsza żona Alberta odeszła z tego świata stosunkowo szybko.

Był rok 1363
Albert postanowił zakończyć swoją samotność. Nie wiadomo dlaczego wybranki szukał poza murami Gdańska. Może akurat nie było żadnej odpowiedniej panny, a może jakieś inne względy skłoniły go do decyzji o sprowadzeniu sobie narzeczonej z Żuław.

Żuławska narzeczona
Na południu Żuław Wiślanych, w widłach Wisły i Nogatu, okolicy nazywanej „Cyplem Montowskim”, była (i jest) wieś Montowy Wielkie. Żuławy to kraj żyzny, ale trudny do poskromienia, a któż nadawałby się lepiej do podjęcia skutecznej walki z wodnym żywiołem, jakim były regularne powodzie, od mieszkańców Niderlandów, którzy od wieków borykali się z identycznymi problemami. Mądrzy, choć oczywiście obrzydliwi, Krzyżacy sprowadzali na Żuławy osadników z Niderlandów, słusznie przypuszczając, że ci poradzą sobie z kapryśną Wisłą i bagnistą okolicą. Tak znaleźli swoją nową ojczyznę liczni przybysze z „niskich krajów”, a wśród nich rodzina Schwartze.

Wilhelm i Agata byli rodzicami ładnej, młodej, ale nieco kłopotliwej córki, Doroty. Dziewczyna od najmłodszych lat wdrażana, głównie przez matkę, do pobożnych praktyk, chodząc dotykała wprawdzie jeszcze ziemi, ale głowę trzymała wysoko w sferach, do których normalny grzesznik nie ma zazwyczaj wstępu.

I tu w naszej historii pojawia się w Montowach Wielkich gdański rzemieślnik, Albert, który szybko dobija targu z opiekunem Doroty, którym po śmierci Wilhelma jest jej najstarszy brat. Brat ów chętnie pozbywa się kłopotliwej domowniczki, która jako szesnastolatka wykazuje liczne dowody pobożności, nieliczne natomiast praktyczne cnoty, wymagane w trudnej walce z ziemią i żywiołami na Żuławach. Znając ówczesne stosunki, przypuszczać możemy, że brat Doroty zrobił świetny interes, bo nie tylko pozbył się siostry, którą coraz częściej podejrzewano o obłęd, ale i zainkasował za nią odpowiednią do jej młodości i urodę sumkę, którą wyasygnował na ten cel zamożny Albert.

I tak ze świeżo zakupioną narzeczoną wrócił Albert do Gdańska. Plany miał piękne. Zamierzał dać swojej wybrance wszystko, czego tylko zapragnąć mogła piękna żona bogatego rzemieślnika. W zamian oczekiwał niewiele. Ot chciał po prostu, by dbała o niego i jego potrzeby, o dom, o przyszłe dzieci, a towarzysząc mu na licznych spotkaniach cechu, budziła swoją urodą liczne ciepłe uczucia wśród znajomych, z zazdrością na czele.

Zamieszkali w domu przy Długiej 64. Już to samo w sobie świadczy o zamożności Alberta, na dom przy tej ulicy stać było bowiem zawsze tylko najbogatszych. Dochody mężowi Doroty zapewniał warsztat, w którym produkował broń, a wojna, jak wiadomo, to najlepszy na świecie interes. W sumie wszystko wskazywało na to, że małżonkowie powinni żyć długo i szczęśliwe. Z tym, że rzadko zdarza się, by o kimś, kto po prostu żył długo i szczęśliwie, ktoś wspomina i pisze po blisko siedmiuset latach…

Pierwsze kłopoty
Dorota, ku bezgranicznemu zdziwieniu Alberta, nie wpadła w zachwyt nad warunkami życia jakie jej stworzył. Po pierwsze nie podobało jej się to, że produkuje broń. Chrystus kazał kochać bliźnich, z wrogami włącznie, a miecze, sztylety i inne tego typu akcesoria do wyrażania miłości słabo się nadają. Umykało jej najwyraźniej to, że głównymi kontrahentami męża byli mnisi, choć dość specyficzni, bo szerzący Ewangelię właśnie między innymi przy pomocy jego produktów.

Szybko okazało się też, że towarzyskie plany Alberta i zadawanie szyku w towarzystwie młodej i pięknej małżonki, też nie mają szansy na realizację. Dorota odmawiała bowiem kategorycznie udziału w rozpustnych jej zdaniem spotkaniach przyjaciół i kolegów po fachu męża. Chętnie natomiast przebywała w kościele. Przebywanie owo miało przy tym, przynajmniej na razie, charakter dość standardowy. Na ekstrawagancje miał dopiero przyjść właściwy moment.

Na szczęście jej pobożność nie obejmowała najwyraźniej pewnych sfer, skoro urodziła Albertowi dziewięcioro dzieci. Inna rzecz, że swoje matczyne posłannictwo kończyła w zasadzie w momencie urodzenia potomka, o czym za chwilę.

Nasilenie pobożności
Lata mijały, a Dorota bynajmniej nie wyrastała z młodzieńczych upodobań. Przeciwnie – jej pobożność miała wyraźną tendencję do eskalacji. Dom był zaniedbany, służba robiła co chciała, kiedy Albert w pocie czoła pracował w kuźni. Zdarzało się, że po powrocie do domu nie czekał na niego posiłek, bo wiedziona chrześcijańskim miłosierdziem żona potrafiła rozdać zgromadzone w spiżarni zapasy, a także pieniądze przeznaczone na zakupy. Zdarzało się jednak, że coś osobiście ugotowała, skoro w jej biografii pojawiają się zarzuty, że gotowała niesmacznie. Zapewne chodziło o to, że traktowała posty bardo dosłownie, a postów było wówczas znacznie więcej niż znają ich dzisiejsze przepisy kościelne.

Gromadka dzieci nie tylko nie dawała Albertowi powodów do dumy, ale bywało, że musiał się z ich powodu mocno wstydzić, kiedy okazywało się na przykład, że głodne, „bo mama w kościele”, trafiały do sąsiadów, którzy litując się nad nimi karmili je, a czasem nawet umyli.

Czy można się dziwić, że Albert w końcu stracił cierpliwość i postanowił przemówić żonie do rozsądku? Dodajmy, że słowna perswazja nie dawała żadnego efektu. Doszło więc do rękoczynów. Jaka była reakcja Doroty? Czy zmieniła cokolwiek w swoim nastawieniu do życia i codziennej praktyce? Ależ skąd. Cierpienie fizyczne (po laniu) i psychiczne zadawane jej przez sfrustrowanego męża, uznawała za naturalne umartwienie, które można ofiarować w takiej, albo innej intencji.

Przemiana
Trudno się również dziwić, że zrozpaczony Albert zaczął szukać pociechy w kieliszku. A frustracja i alkohol to bardzo niebezpieczne połączenie. Dość na tym, że któregoś razu tak zbił żonę, że ta w wyniku poniesionych obrażeń o mało nie umarła. Czy był potworem? Nie, skoro tak go to przeraziło, że nie tylko nigdy więcej nie podniósł ręki ma żonę, ale odtąd stopniowo zaczął przejmować jej sposób widzenia świata. Zaczął modlić się, chętnie towarzyszył Dorocie w jej wielogodzinnych wizytach w kościele i rozdawał hojne datki ubogim. Warsztat podupadał, długi rosły, wierzyciele tracili powoli cierpliwość.

Kiedy dwie kolejne zarazy zabrały małżonkom ośmioro z dziewięciorga dzieci, złożyli wspólnie śluby czystości i wyruszyli na pielgrzymkę. Pielgrzymka trwała kilka lat, a kiedy wrócili do Gdańska dawny majątek, dom i warsztat były już w rękach wierzycieli. Zamieszkali więc w drewnianej szopie, którą Albert, za resztkę pieniędzy, zbudował koło Kościoła św. Katarzyny. Na pielgrzymkę do Rzymu w 1390 r. już z Dorotą nie pojechał. Zmarł wkrótce potem w nędzy, a jego żona, uwolniona od krępujących ją mimo wszystko więzów małżeńskich, rozpocząć mogła swoją drogę, która zaprowadziła ją przez zamurowaną celę w kwidzynskiej katedrze, prosto, choć z pewnymi problemami, na ołtarze.

Tak, w wielkim skrócie, przedstawia się rodzinny wątek w hagiografii błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich, beatyfikowanej dopiero w latach 70. XX w., a więc sześć wieków po śmierci. Do jej postaci można mieć rozmaity stosunek, zależny głównie od światopoglądu. Kuriozum natomiast jest to, co zdarza się na jej temat usłyszeć w kościołach, a mianowicie, że była „wzorem cnót matki i żony”. Od takich żon i matek uchowaj nas Panie :)

Ech… znowu obejrzałem „choliłódzką szmirę” pt. „Ostatni Samuraj”. Nie przepadam za „Tomkiem Kruzem” i jego sposobem grania. Drażni mnie jak odwzorowuje granego przez siebie bohatera. Nie ważne czy jest tajnym agentem w Mission Impossibe (chyba tak to się pisze), zamachowcem knującym spisek na Hitlera w Valkirii, ostatnim Samurajem. Dla mnie może być nawet ostatnim mohikaninem…. zawsze będzie mnie drażnił, ponieważ wszystkie postacie gra tak samo.

Spytacie więc po co oglądałem ten film po raz kolejny?

To proste – Kocham Japonię, interesuję się nią, chłonę ją każdym zmysłem. Marzę, aby móc kiedyś na własne oczy zobaczyć górę Fuji, poczuć woń kwitnącej wiśni, zanurzyć się w zgiełku Tokio…. dopiero wtedy będę na prawdę szczęśliwym człowiekiem.

Dzisiaj zamiast barwnej, hollywoodzkiej opowieści o japońskich rycerzykach, ujrzałem opowieść o samym sobie. Zobaczyłem historię o zderzeniu własnych ideałów i zasad z otaczającym nas światem… Dzisiaj zadałem sobie pytanie: „Czy postępuję według zasad według których zostałem wychowany? Czy może uległem szarej rzeczywistości, pokusie?” Ilu z nas postępuje zgodnie z własnym sumieniem w dzisiejszym świecie? Ilu z nas kroczy drogą BUSHIDO – drogą nakreśloną przez własne ideały? Walcząc o swoje wartości z otaczającym nas światem, walczymy o samego siebie. Nawet jeżeli będziemy musieli przegrać…. Mimo naszej porażki będziemy zwycięzcami…. Każdy kto walczy o pozostanie sobą jest samurajem… Ostatnim sprawiedliwym… SAMURAJEM.

Pod koniec filmu Cesarz Japonii wypiedział słowa które zmusiły mnie  (to chyba dobre słowo) do dzisiejszej refleksji..

Nie zapominajmy kim jesteśmy, ani z kąd pochodzimy”

W tym tkwi nasza siła!

Dobranoc moi mili.

Witajcie

Tydzień temu, zachęcony krótkim artykułem zamieszczonym w prasie postanowiłem odwiedzić zabytkową Kuźnię wodną, zlokalizowaną w starej części Wrzeszcza (dzielnica Gdańska). Kuźnia znajduje się na terenie „Doliny Radości”.

reszta zdjęć do obejrzenia pod adresem http://szybik.fotosik.pl/albumy/603752.html

Dla zainteresowanych zamieszczam poniżej kilka informacji na temat tego obiektu.

Rys Historyczny

Pierwsza wzmianka o kuźni nad Potokiem Oliwskim pochodzi z dokumentu z 1597 roku.
Akt ten jest poświadczeniem jej sprzedaży przez Jana Klinghamera Dawidowi Konarskiemu – Opatowi Zakonu Cystersów w Oliwie.

Z późniejszych sporadycznych wzmianek, dowiadujemy się m. in., że w latach 1628-1733 kuźnia należała do rodziny Remus, od roku 1830 do Daniela Mąglowskiego, w latach 1918-1945 do Maxa Hansena, a następnie w latach 1945-1948 do różnych użytkowników (m. in. Tadeusza Bożka).

Od 1948 roku kuźnia niszczała pozostawiona własnemu losowi…
W 1957 roku opiekę nad kuźnią roztoczyło Muzeum Techniki w Warszawie.
Dzięki jego staraniom i środkom niezwłocznie zabezpieczono ocalałe urządzenia i fragmenty budynków. Wtedy także opracowana została koncepcja odbudowy obiektu. W latach 1958-1960 sporządzono dokumentację dla odbudowy części zabytku, a następnie w latach 1960-1963 odbudowano tę część.
Dokumentację drugiej części kuźni wraz z projektem zagospodarowania otaczającego ją terenu wykonano w latach 1971-1974. W 1975 rok przystąpiono do odbudowy pozostałej części zabytku.
Prace te ukończono w roku następnym.
W latach 1976-1978przeprowadzono konserwację mechanicznego wyposażenia kuźni.
Podczas odbudowy i częściowej rekonstrukcji kuźni, a zwłaszcza jej wyposażenia, trzeba było pokonać wiele trudności, związanych z potrzebą odtwarzania historycznych już rozwiązań konstrukcyjnych. Konieczne było m. in. dokonanie wyboru odpowiednich materiałów, z których miano następnie odtwarzać brakujące elementy.
O skali tych trudności może np. świadczyć fakt, że do odtworzenia wałów kół wodnych należało sprowadzić bale dębowe o średnicy ponad jednego metra.

W dniu 17 czerwca 1978 r. nastąpiło uroczyste otwarcie kuźni, jako placówki muzealnej, stanowiącej oddział Muzeum Techniki w Warszawie.

Niektóre informacje techniczne

Drewniane zabudowania kuźni składają się z dwu części rozdzielonych przepływającym środkiem Potokiem Oliwskim.
W każdej z części znajduje się piec grzewczy i młot napędzany odrębnym kołem wodnym.
Koła te o średnicy 4 m mają na obwodzie po 44 łopatki. Są to koła nasiębierne osadzone na kwadratowych w przekroju (0,7 x 0,7 m) wałach dębowych o długości 8 m.
Dzięki zastosowaniu dźwigni przy obrocie wału następuje uniesienie młota o ciężarze około 250 kg.
Młot ten spada następnie z wysokości około 40 cm na kowadło.

Charakterystycznym elementem wyposażenia prawej części kuźni są również nożyce mimośrodowe, poruszane małym kołem wodnym o średnicy 3,1 m.
Koło to jest osadzone na wale dębowym o średnicy 0,5 m. i długości 4,7 m. Nożyce mimośrodowe pozwalają na cięcie rozgrzanego żelaza o grubości 40 mm.

/ http://www.kuzniawodna.webhost.pl/ /

Witajcie.

Wczoraj za namową mojego przyjaciela „Banana” wybraliśmy się w plener. Celem naszej wyprawy była poniemiecka torpedownia. „Torpedownia” to główny budynek niemieckiej jednostki badawczej, prowadzącej w czasie II wojny światowej badania nad rozwojem torped.

Więcej zdjęć z „wyprawy” na Babie Doły (dzielnica Gdyni) pod adresem: http://szybik.fotosik.pl/albumy/603765.html

Dla zainteresowanych historią tego obiektu:

Torpedownia była halą montażową torped wraz z urządzeniami do próbnych strzelań, wybudowana na dnie akwenu, w odległości kilkuset metrów od brzegu. Połączona z brzegiem molo, po którym odbywał się transport podzespołów torped, ostatecznie montowanych w hali. W niemieckiej nomenklaturze budynek ten nazywano Schießstand.

Na terenie okupowanej Polski funkcjonowały dwa hitlerowskie ośrodki badawcze torped. Obydwa zlokalizowano w Gdyni (wówczas – Gotenhafen): Torpedowaffenplatz Hexengrund w Babim Dole (dziś Babie Doły) oraz Torpedo Versuchsanstalt Oxhoft na Oksywiu. TWP było ośrodkiem badawczym Luftwaffe (hitlerowskie lotnictwo), TVA – KriegsmarineKaszubskim Ekspresem) – biegnącą wzdłuż plaży od portu na Oksywiu do ośrodka w Babich Dołach. TWP pracował głównie nad torpedami lotniczymi, TVA – akustycznymi. Ośrodki korzystały także z jednego wspólnego poligonu na zatoce Gdańskiej, na wysokości Jastarni, oddalonego 12 kilometrów od TWP. Torpedownię posiadały również warsztaty torpedowe (hitlerowska marynarka wojenna). Oba ośrodki badawcze, choć niezależne formalnie od siebie, połączone były kolejką wąskotorową (przezwaną przez samych Niemców złośliwie Gerätewerke Pommern Madüsee, położone nad jeziorem Miedwie (w okolicach Szczecina).

Torpedownie w Gdyni są identycznej konstrukcji. Budynek oprócz hali montażowej i pomieszczeń techniczno-inżynierskich, posiadał także wieżę obserwacyjną, z której urządzenia skierowane w głąb Zatoki Gdańskiej śledziły tor wystrzelonej torpedy. Na dnie zatoki wydrążony był specjalny korytarz, którym poruszała się torpeda. Wystrzelone testowe torpedy były wyławiane przez okręty i poddawane analizie w zakładach. W skład TWP wchodziło kilkanaście budynków (warsztaty, magazyn głowic i torped, hamownia silników, elektrownia itp.), torpedownia wraz z drewnianym portem oraz lotnisko z dwoma pasami startowymi. TWP, jako ośrodek badawczy Luftwaffe, równolegle przeprowadzała próby odpalania torped bezpośrednio z samolotów. Zrzut następował nad zamkniętym akwenem, wzdłuż którego ulokowano dwa punkty obserwacyjno-pomiarowe. Znajdowały się w nich urządzenia nazywane po niemiecku kinotheodolit, rejestrujące proces zrzutu torpedy z samolotu.

Torpedownię na Oksywiu oddano do użytku już w 1940 roku. Rozkaz powołujący ośrodki badawcze torped Luftwaffe podpisano w listopadzie 1940. TWP uroczyście otwarto 4 lipca 1942. Z obszaru Gdyni Niemcy ewakuowali się w początkach kwietnia 1945r.

Wybudowana na kesonach zatopionych w odległości trzystu metrów od brzegu (dokładne położenie geograficzne: 54°35’16″N 18°32’44″E / 54.58778, 18.54556). Nieremontowana i niewykorzystywana po wojnie popadła w ruinę, a basen portu uległ zamuleniu. Po wojnie zniszczono ostatni odcinek molo przy torpedowni, aby utrudnić dostęp do budynku. Urządzenia z samej torpedowni i całego TWP w większości przejęte zostały przez Armię Czerwoną i zostały wywiezione do ZSRR, gdzie prawdopodobnie nigdy nie były ponownie zmontowane i uruchomione. Pomost i zabudowania portu były do lat 80. XX wieku regularnie wykorzystywane przez wojskowych płetwonurków jako akwen do ćwiczeń. Również – przez amatorów jachtingu i latem przez wypoczywających na plaży. Ostatecznie resztki molo wysadzono w powietrze w połowie lat 90. XX wieku. Torpedownię, dzielnie opierającą się upływowi czasu, zmogły srogie zimy z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego stulecia – wtedy zawaliła się frontowa ściana, poważnie nadwyrężając konstrukcję budynku.

Torpedownię na Babich Dołach widać m.in. w końcowych fragmentach odcinka pt. Brzeg morza z serialu Czterej pancerni i pies, w serialu Kryminalni oraz filmie fabularnym Superwizja.

źródło wikipedia

Przy okazji fotografowania Torpedowni zrobiłem trochę zdjęć nie związanych bezpośrednio z tym obiektem.

Reszta do obejrzenia tutaj: http://szybik.fotosik.pl/albumy/603762.html

Pozdrawiam Serdecznie

Jak zwykle uniżenie witam jakże wąskie grono czytających me wypociny.

To mój pierwszy wpis na blogu w tym roku. Daczego tak się stało? Nie wiem do końca, ale wydaje mi się że po prostu nie miałem o czym pisać.  Postaram się nieco zmienić ten stan rzeczy.

Trójmiasto. Twór powstały z Gdańska Sopotu i Gdyni. Każde z tych miast ma inny charakter inny klimat. Często odwiedzam różne dzielnice trójmiasta, wchłąniam ich klimat. Szukam Ciekawych miejsc,  szczegółów na które inni nie zwracają uwagi, omijam ogólnie znane miejsca, tak oblegane przez turystów. Szukam miejsc niezwykłych, miejsc które pozwalają na ponowne odkrycie mojego rodzinnego miasta.

Pozdrawiam serdecznie

Witajcie

Komentarz asiuli zmotywował mnie do napisania „czegoś”.
Zasiadłem więc do komputera, włączyłem cichutko Smooth Jazz w podkładzie, nalałem sobie lampkę mojego ulubionego Bordeaux i zacząłem się „uzewnętrzniać”.

Dawno tu nic nie pisałem. Brakuje mi jakoś weny „tfurczej”, brakuje chęci, czasu, a tak na prawdę to nie mam chyba o czym pisać. Koniec roku już blisko, liczba problemów z jakimi się borykam wzrasta z dnia na dzień…. To co daje mi wytchnienie i po części siłę, to moje pasje, moje zainteresowania, moje hobby.

Ech.. gdybym tylko miał czas na rozwijanie swoich wszystkich zainteresowań.

Pasji, zainteresowań mam tak wiele. Gdybym chciał je wszystkie opisać w jednym poście, to zanudziłbym Was Drodzy czytelnicy do tego stopnia, że pewnie więcej nie odwiedzilibyście mojego bloga. Raz na jakiś czas opiszę jedno z moich zainteresowań. Będzie to forma krótkiej notatki, nienachalnej, subtelnej i niezmuszającej do przemyśleń ;)

Pasja 1: Fotografia

Chyba tylko przypadek sprawił że jestem amatorem „pstryków hobbystycznych”. Fotografią zaraził mnie mój dziadek od strony matki, który… nigdy zdjęć nie robił :) Jak więc sprawił, że pokochałem zatrzymywać czas i zmieniać w nieulotne to co ulotne? Odpowiedź jest bardzo prosta. Dziadek z Babcią nie mieli pomysłu co podarować wnukowi na 12 urodziny. Dziadek uparł się i pomimo sprzeciwów Babci podarował mi aparat produkcji radzieckiej. Był to wspaniale utrzymany egzemplarz sowieckiej myśli technicznej nazwany FED – 3. img_0032FEDa męczyłem prawie 2 lata, potem były różnego rodzaju małpki, wynalazki konstrukcji radzieckiej. 6 lat temu stałem się posiadaczem pierwszej lustrzanki. Robienie zdjęć nabrało dla mnie nowego wymiaru. Dzięki staregomu Zenitowi w ciągu półtora roku nauczyłem się więcej niż przez cały czas używania poprzednich modeli.  Niestety mój nieodżałowany Zenit został skradziony. Nastała era cyfrowa… wraz z nią pojawiła się Minolta Z10. Aparat jakże krytykowany przez znawców, mi dawał radość i uczył mnie od nowa fotografii i pokory. Po kilkuletniej zabawie z Minoltą, znowu w moim plecaku zagościła lustrzanka – tym razem cyfrowa. Aparatu tego używam do dziś, jest nim również mocno krytykowany Canon 350D :) Na szczęście mi aparat służy do robienia zdjęć a nie do chwalenia się nim przed znajomymi.

Fotografia daje mi wolność, wolność wyboru. To ja decyduję w jaki sposób uchwycę dany moment. Każda moja fotografia jest moim wyobrażeniem, jest wyrażeniem siebie dla innych.

Gdy trzymam w ręku aparat staję się radosnym człowiekiem.
Dziękuję Ci Dziadku, że na 12 urodziny dostałem aparat zamiast sweterka na zimę :)

Dobranoc

Witajcie

Dobrze jest rozwijać swoje zainteresowania. Jeszcze lepiej jest rozwijać swoje zainteresowania dobrze się bawiąc. Przez przypadek zostałem fotoreporterem serwisu internetowego www.lechia-gdank.pl Robię to co lubię. Robię zdjęcia, wszędzie zaglądam.

Dlaczego taki tytuł dzisiejszego posta?
Przyjemne (fotografowanie) połączyłem z przyjemniejszym (kibicowaniem) mojej ulubionej drużynie. Lechii kibicuję od kilku lat – teraz jestem naprawdę blisko drużyny. Poniżej zamieszczam jedno z kilkudziesięciu zdjęć zrobionych na meczu Lechia Gdańsk – Piast Gliwice, zakończonym wynikiem 0:0

Resztę zdjęć możecie obejrzeć tutaj: http://stoczniowiec.wiznet.pl/lechiagdapiast.html

Dzisiaj o 20 Lechia podejmuje Legię – rozsądek mówi Legia, serce kibica Lechia :)
Relację wraz z moimi przemyśleniami zdam na pewno.

Pozdrawiam

Witam nieliczne grono czytających me wypociny ;)

Dosyć kontrowersyjny tytuł. Prawda? Oczywiście nie musicie się ze mną zgadzać – to tylko mój punkt widzenia, sformułowany na podstawie obserwacji moich zachowań.

Mimo że z natury jestem samotnikiem, od zawsze szukałem znajomości z ludźmi którzy myślą tak jak ja i mają te same zainteresowania. Od zawsze należałem do jakiegoś klubu, jakiejś organizacji. Swego czasu, gdy kupiłem sobie starego Civica, to na drugi dzień po zakupie (średnio udanym z resztą), zapisałem się do klubu Hondy, gdy marzyłem o lataniu, to od razu zawitałem na forum szybowcowe, gdy kupiłem sobie aparat, to…. zgadnijcie :) Od kilku miesięcy zamiast starego Civica, pod domem stoi kilkuletni Saab. Oznacza to ni mniej ni więcej iż przynależę do nowego stada – stada Saabowiczów:) O Hondziarzach też nie zapominam, mam tam mnóstwo znajomych.

22.XI.08 odbył się zlot posiadaczy i miłośników tej jakże specyficznej szwedzkiej marki. Oczywiście nie mogło i mnie tam zabraknąć. Oczywiście nie ruszyłbym się tam bez aparatu.

Jakie różnice pomiędzy zachowaniami w stadzie Hondziarzy a Saabowiczów? Hondziarze są bardziej wyluzowani i bezpośredni. Saabowicze natomiast lepiej zorganizowani i spokojniejsi. Ale zarówno jedno jak i drugie stado kocha swoje obiekty zainteresowań i mogło by o nich opowiadać godzinami.

Reszta zdjęć ze zlotu „Saabolotów” tutaj: http://szybik.fotosik.pl/albumy/545397.html

Pozdrawiam
Adam D.

Witajcie (ciekawe czy ktokolwiek będzie to czytał…)

Tak się jakoś złożyło, że dzisiaj wypadają moje 27 urodziny. Zamiast być radosnym, jestem smutny… -Dlaczego?

-Zadałem sobie dzisiaj pytanie: co udało mi się osiągnąć przez te wszystkie lata? Zawsze byłem dla siebie surowy… Dzisiaj w dniu moich kolejnych urodzin stwierdzam, że nie osiągnąłem nic z czego mogę być dumny. Nie mam osiągnięć, którymi mogę się szczycić, jeszcze nie dorobiłem się majątku, nie mam własnego domu, moich prawdziwych przyjaciół mogę policzyć na palcach jednej ręki…

Jednakże z jednej rzeczy jestembardzo szczęśliwy… Jedna rzecz sprawiła, że moje 27 urodziny, są lepsze od 26.

15.XII.2008 poznałem kogoś wyjątkowego… Osobę która daje mi siłę, wspiera mnie, przy której jestem szczęśliwy, z którą rozumiem się bez słów… Dla niej jestem w stanie dokonać rzeczy niemożliwych. Sylwio – Bogu dziękuję, że nasze drogi skrzyżowały się tamtego zimnego, grudniowego wieczora.

KOCHAM CIĘ!

Następna strona »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.